Józef Dmowski

Przybył do zrujnowanego Świdwina tuż po wojnie 7 lipca 1945 r. Tymczasowy Zarząd Miejski i pierwszy powojenny burmistrz miasta Jan Górski powierzają mu organizację szkoły powszechnej /podstawowej/. W dziele tym wspomaga go Stanisław Zapart, przedwojenny nauczyciel, żołnierz gen. Kleberga i jeniec wojenny, później długoletni nauczyciel Liceum Pedagogicznego. Zbierają sprzęt, pomoce naukowe, meble dla organizującej się szkoły. Pierwsza powstaje przy ul. Dworcowej (3 Marca) w budynku dzisiejszego banku i liczy 4 uczniów. W połowie sierpnia szkołę przenoszą do obiektu przy ul. Podwale (późniejsza „ćwiczeniówka”). W roku 1945/1946 szkoła liczy około 100 uczniów, w listopadzie ich liczba zwiększa się do ponad 300. Inauguracja roku 1946/47 odbywa się w wyremontowanej poniemieckiej szkole przy Placu Wolności ( Jana Pawła II). Kierownikiem zostaje Józef Dmowski. Niezapomniany kierownik i nauczyciel pokolenia powojennych roczników. Dla wielu młodych świdwinian nazwisko to niewiele mówi, dla ich rodziców i dziadków, przybyłych tu w pierwszych latach polskiego Świdwina, to postać niezwykła. Wielki oryginał i pedagog. Jego konikiem była - będąca dzisiaj w niełasce - kaligrafia. Umiejętności, w której nie byłem orłem. Do dzisiaj pamiętam, będąc chyba w 5 klasie jak za uszy zaprowadził mnie do pierwszaków, i sadzając w pierwszej ławce powiedział, ze będę się z nimi uczył pisać. Wygnanie trwało tylko do przerwy, ale wstyd był wielki. Uczył wyobraźni. Wieszał na tablicy obrazek i kazał opowiadać, co na nim widzimy, układać różne własne interpretacje i historie. W czasie lekcji można było wychodzić bez pytania, z czego ochoczo korzystaliśmy. Mój starszy brat Michał wspomina jak będąc skarbnikiem PCK skradziono mu składki. Był w rozpaczy. Dowiedział się o tym Dmowski, pocieszył go i pieniądze wyłożył z własnej kieszeni. Szkolny kolega Michała pamięta, ze przezywali go „fryzjer”, bo latał z nożyczkami i obcinał chłopakom zbyt długie włosy. Po odejściu ze szkoły pracował w domy dziecka. O jego przedwojennym i wojennym życiorysie niewiele się dowiedziałem. Zjawił się w Świdwinie dość wcześnie, a więc nie pochodził z terenów skąd przybyli później repatrianci. Podobno przed wojną należał do lewicowego Związku Nauczycielstwa Polskiego. Jeżeli był człowiekiem lewicy, to w tym przedwojennym wydaniu. Nigdy nie dał nam odczuć swoich zapatrywań politycznych i religijnych. A różnie w tych czasach bywało. Michał zaprosił go na swoją mszę prymicyjną. Nie liczył, że się pojawi, bo kościół raczej omijał z daleka. Brat był uszczęśliwiony, gdy dostrzegł, siedzącą samotnie, w bocznej nawie postać swojego wychowawcy. Później na przyjęciu, w domu, wygłosił piękne i wzruszające przemówienie. Wielki oryginał, nie przywiązywał zbytniej uwagi do ubioru. Słynna była ta jedna zawsze krótsza nogawka u spodni. Opowiadał kolega, który mieszkał u państwa Dmowskich na stancji, jak żona kupiła mu nowy, czarny garnitur. Ubranie to ubranie, założył i poszedł bielić drzewka w sadzie. Gdy wrócił upstrzony plamami z wapna był bardzo zdziwiony, ze żona zrobiła mu awanturę. Pszczelarz i wędkarz. Pamiętam jak rowerkiem, później Simsonkiem jechał na ryby albo do swoich pszczół. Każdy ówczesny wychowanek pana Dmowskiego ma różne związane z nim wspomnienia, nawet te niezbyt przyjemne, związane z dyscyplinowaniem w przedwojennym (dzisiaj nie do pomyślenia) wykonaniu. Ale wszystkie łączy jedno – wielka sympatia i życzliwa pamięć do tej nietuzinkowej postaci. Niewysoki, ciemne włosy przycięte na jeża i okularki zsunięte na nos, spod których wyzierały czujne, surowe, ale i życzliwe oczy. Takim go zapamiętałem. Zmarł w 8 kwietnia 1970 roku w wieku 67 lat, i jest pochowany na starym świdwińskim cmentarzu. /Zbigniew Czajkowski/


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz